Życiowy Start, Ciężkie Zmagania – 16.10.2011 XII Poznań Maraton | PogoriaBiega.pl

Życiowy Start, Ciężkie Zmagania – 16.10.2011 XII Poznań Maraton

Już każdy z nas wie jak zakończył się dla mnie Poznański Maraton, ale swoje doznania chciałbym opisać w kilku słowach. Zrobiłem to w kilku rozdziałach by moim zdaniem lepiej oddać odczucia, które towarzyszyły mi przed, w czasie i po starcie.

11.09.2011 – Ważne Postanowienia!

Pomysł na pobiegnięcie maratonu w Poznaniu pojawił się podczas powrotu z Wrocławskiego Maratonu. Razem z Agą, Jaśkiem i Iwoną postanowiliśmy – jedziemy do Poznania by poprawić sobie humory i pokazać na co nas w rzeczywistości stać, a Iwonka zaplanowała debiut maratoński. Po tym grupowym postanowieniu nie pozostało nic innego tylko opłacić startowe i poczekać na dzień startu – oczywiście w międzyczasie uczciwie trenować.

12.09.2011 – 14.10.2011 Czas na trening

Po przebiegnięciu maratonu organizm ok. 10 dni się regeneruje i wraca do stanu używalności. Dlatego czas pomiędzy maratonami przeznaczyłem na podtrzymanie formy i oczywiście w miarę możliwości realizację systematycznego treningu. Niestety czasu nie było tyle ile bym chciał, ale akcenty i długie wybiegania zostały wykonane w 100%. W między czasie dla potwierdzenia swojej dobrej dyspozycji zaliczyłem bardzo udany start w Biegu Hutnika, który podbudował mnie i potwierdził w przekonaniu, że mogę walczyć o złamanie 3h. Przed samym maratonem martwiła mnie jedna rzecz – w ostatnich dniach przed maratonem bardzo mało spałem, a jak wiemy sen jest dla sportowca jedną z najważniejszych rzeczy.

15.10.2011 – Relaks i pełne odstresowanie

Dzień zaczął się bardzo wcześnie bo trzeba było zdążyć na pociąg do Poznania. Miałem misję – zając reszcie miejsca w przedziale. Wybrałem przedział w którym siedziała Pani, która długo nie wytrzymała naszego towarzystwa . W Katowicach dołączyła do mnie reszta licznej ekipy Pogorian. O przepraszam oczywiście w Zabrzu dosiadł się jeszcze rycerski Jasiek, który bardzo serdecznie pożegnał Panią z przedziału. Ach brakowało mu tylko białej chusteczki, którą mógł pomachać na pożegnanie. Było nas w sumie 9 osób, a że w przedziale tylko 8 miejsc roszady w przedziale trwały do samego Poznania. W wyniku podróży pociągiem wspólnie doszliśmy do następujących wniosków – w Poznaniu trzeba uważać na poznańskie koziołki, a także na 40-tu chłopa (podczas maratonu było ich o zgrozo kilkanaście razy więcej). Iwonka nam za to sprzedała super metodę na sprawdzenie skąd jesteśmy – tak na wszelki wypadek, jakbyśmy zapomnieli ze zmęczenia lub euforii . Długą podróż pociągiem wykorzystałem także na dospanie tych brakujących godzin, które uciekły mi podczas tygodnia. I tak w świetnych nastrojach dotarliśmy do Poznania. Każdy z nas poszedł w swoim kierunku. My w czworo (Aga, Iwonka, Jasiek i Ja) udaliśmy się do naszego lokum. Tam Iwonka przygotowała dla nas wspaniały makaron. Wspominając ten smak żałuję, że Iwonka częściej nie przygotowuje takich specjałów, bym mógł je zjeść ze smakiem . Po naszym prywatnym pasta party nadszedł czas na krótką sjestę. Później spotkaliśmy się z resztą ekipy na rynku Poznańskim. Ile nas tam było – aż ciężko obliczyć. Wieczorkiem oczywiście udaliśmy się wraz z ekipą z Opola do włoskiej knajpki na ostatnią porcję węglowodanów. Uśmiechów, żartów nie brakowało. Ja już pomału oddawałem się koncentracji przed niedzielnym startem. Jeszcze pozostało odebranie pakietów od Jarka i nadszedł czas na błogi sen. Jeszcze tak dobrze przed startem nie spałem – może to przez zmęczenie, może przez atmosferę jaka panowała u nas w pokoju. W końcu w czworokącie rzadko sypiałem .

16.10.2011 – Dzień Prawdy

Po przebudzeniu czułem się wyspany i zrelaksowany. Dopiero podczas pakowania poczułem lekki stres. Razem z chłopakami (Rafał, Michał i Paweł) udaliśmy się nad Maltę. Tam jeszcze ostatnie przedstartowe przygotowania i czas na rozgrzewkę. W tym momencie odłączyłem się od reszty, by wejść w swój przedstartowy start. Było zimno więc rozgrzewka była długa i intensywna. Przed startem zrzuciłem z siebie jeszcze resztę niepotrzebnych rzeczy i wśród tłumu biegaczy czekałem na start.

Gdy usłyszałem odliczanie startera krew zaczęła się gotować w żyłach, ciśnienie podskoczyło, a adrenalina wylewała się uszami. Czas na walkę!!! Wystrzał i idziemy do przodu. Pomału dogoniłem zająca na 3h i po ok. 200 metrach już byłem w swojej grupie. Postanowiłem sobie, że będę się trzymał w środku grupy – przynajmniej przez pierwsze kółko. Pierwsze kilometry przebiegały spokojnie. Serducho pomału wchodziło na odpowiednie obroty, to samo z rytmem biegu. Rozstawieni na trasie kibice, zespoły przygrywające motywującą muzykę – nogi same rwały się do walki. Grupa w porównaniu do Wrocławia była liczna – myślę, że było nas ok. 50 – 70 osób. Przez to na punktach odżywczych był straszny tłok i grupa strasznie się rozciągała. Na 15 km nadszedł czas na pierwszy żel. Przy sobie miałem dwa żele – jeden włożony za pas, drugi trzymany w dłoni. Przed 15 km próbuję wziąć żel, który trzymałem w ręce, a tu co – zamarzł. Najwidoczniej dostał się do niego pot i woda co spowodowało jego krystalizację. Szybka podmiana, popicie żelka wodą i ponownie jazda do przodu. Kolejne kilometry przebiegały bezproblemowo. Na 20 km ponownie zaczęła się najtrudniejsza część trasy. Droga lekko prowadziła w górę przez praktycznie 2 km. Mijamy półmetek w czasie poniżej 1:30. Wszystko idzie zgodnie z planem. Gdzieś koło 23 km poczułem pierwsze niepokojące bóle pod lewym udem. Coś zaczęło dziać się niedobrego – ja się okazało na szczęście problem ten nie przeszkodził w dalszej walce. Na 30 km ponownie próba z żelem – niestety nieudana. Siły jeszcze były więc w głowie kłębiły się myśli – „Przyśpieszyć? A co jeśli zaatakuję i przeszarżuję i nie złamię tych 3h? Może jednak zaryzykować?”. Po chwili zwątpienia postanowiłem, że pozostanę w grupie na 3h. Od 30 km w grupie zaczęły się spore ruchy – jedni pobiegli do przodu inni zostali w tyle. Na 35 km dalej walczyłem z żelem – niestety ponownie przegrałem tą walkę. Postanowiłem, że z żelu już nic nie będzie więc wylądował on w przydrożnym żywopłocie. Ostatni punkt odżywczy z którego skorzystałem to ten na 35 km. Nagle zobaczyłem, że zostałem trochę na tym punkcie za grupą (ok. 50 metrów). Trochę się tym przeraziłem, jednak spokojnie doszedłem do grupy. Ponownie biłem się z myślami – „Zaatakuj! Masz siły!”. Rozsądek jednak zwyciężył i dalej pobiegłem z grupą, w której pozostało może z 5 osób. Na 37 km miałem lekki kryzys, gdy przebiegaliśmy przez most. Wiatr w twarz, a ja miałem kryzys. Zostałem na jakieś 15 sekund za zającem. Skręciłem w lewo (38 km) i ponownie zebrałem resztę sił. Popatrzyłem na zegarek – po wyliczeniach stwierdziłem, że mam mały zapas czasu. Zacisnąłem zęby i dalej pobiegłem do przodu. Różnica pomiędzy mną, a zającem utrzymywała się, więc potwierdziłem się w przekonaniu, że dobrze robię biegnąc swoim równym tempem. Po 39 km zaczął się ponownie 2 km podbieg. Jest ciężko, ale inni mieli większe kryzysy. Na podbiegu wyprzedziłem kilku biegaczy. Z publiczności usłyszałem słowa o tym, że nadal jest szansa na złamanie 3h. Już nie patrzyłem na zegarek, by nie tracić cennych sekund tylko dałem z siebie wszystko na ostatnich kilometrach. Od 41 km pozostał tylko najłatwiejszy fragment trasa, który prowadził ostro w dół. Na ostatnim kilometrze wyprzedziłem kilku zawodników i dalej z zaciśniętymi zębami pokonywałem ostatnie metry tego maratonu. Podczas pokonywania ostatnich metrów towarzyszyła mi straszna niepewność, ponieważ nie widziałem swojego czasu. Dopiero gdy wpadłem na ostatnią prostą zobaczyłem na zegarze czas – 2:59:43. Po spostrzeżeniu, że pozostało mi tylko 17 sekund dałem z siebie 110 %, a może więcej, by ostro zafiniszować. Kolejne sekundy uciekały za szybko. Ostatnie metry, spojrzałem wbiegając na metę na zegar – czas kończył się na 54. Przebiegłem przez maty. Niby wiedziałem, że na tych kilku metrach nie straciłem tych 5 sekund, ale niepewność dalej pozostała. Jednak postanowiłem, że nie uwierzę póki nie dostanę oficjalnych wyników. Po przebiegnięciu linii mety byłem zadowolony, ale niepewność dalej pozostała. Po biegu poszedłem na masaż, później odebrałem depozyt i czym prędzej uciekłem pod prysznic. Po przebraniu się zajrzałem do komórki, by sprawdzić czy dostałem smsa z wynikiem. Okazało się, że był. Serce ponownie mocniej zabiło niczym podczas samego biegu. Po otworzeniu smsa napięcie zeszło ze mnie, a na twarzy pojawił się uśmiech. Także zmęczenie znikło, ponieważ okazało się, że złamałem te magiczne 3h. Oficjalny wynik to 2h 59min 56sek!!! Trzy lata temu nawet o tym nie marzyłem, rok temu zacząłem o tym myśleć, a jakieś cztery miesiące temu zacząłem o tym głośniej mówić. Marzenia się spełniają, pod warunkiem, że człowiek mocno w nie wierzy i pomaga w ich realizacji mocnym treningiem. Jak się później okazało na ostatnich 12 km wyprzedziłem 40 osób, co mnie potwierdziło w przekonaniu do tego, że mądrze postanowiłem biegnąc właśnie w taki sposób.

Bieg ten wymęczył mnie bardziej psychicznie niż fizycznie. Bicie się z myślami, strach, niepewność towarzyszyły mi do ostatnich chwil. Cieszę się, że udało mi się złamać te 3 h praktycznie za pierwszym razem. We Wrocławiu już ok. 25 km wiedziałem, że będzie ciężko i ciśnienie było całkiem inne niż tym razem. Nie wiem, jakby to było gdybym pobiegł kilka sekund wolniej. Jak już gdzieś napisałem wolałbym kompletnie dać plamę w tym biegu, niż przegrać o 2 – 3 sekundy. Każdy następny maraton będzie inny – na pewno lżejszy ze względu na obciążenie psychiczne od tego.

Czasy i miejsca wszystkich Pogorian (prawie każdy zrobił życiówki):

121. Jakub Bednarz 2:59:48
1338. Włodzimierz Gorlewski 3:42:29
1426. Jan Pinkosz 3:44:28
1894. Norbert Brzózka 3:53:44
1900. Rafał Domińczyk 3:53:51
1961. Izabela Weisman 3:54:19
2485. Agnieszka Nowak 4:06:05
2584. Michał Zygmunt 4:07:32
3515. Paweł Domagała 4:30:14
3677. Bartosz Szotek 4:35:31
4600. Iwona Zuba 5:53:17

Podziękowania

Na sam koniec chciałbym podziękować mojemu mentorowi, trenerowi bez którego tego „sukcesu” by nie było. Dziękuję bardzo Zbyszku za wszystko. Twój plan, porady podczas przygotowań pozwoliły mi zrealizować moje marzenia. Bez Twoich sugestii nie uwierzyłbym, że już w tym roku mogę spróbować złamać 3 godziny w maratonie. Jeszcze raz dziękuję Zbyszku za to, że pomogłeś mi w odnalezieniu prawidłowej ścieżki, która mam nadzieję doprowadzi mnie do dalszych małych „sukcesów”.

comments