Wyjątkowo zimny maj – czyli Silesia Marathon 2011 okiem debiutanta | PogoriaBiega.pl

Wyjątkowo zimny maj – czyli Silesia Marathon 2011 okiem debiutanta

Od czego zacząć? Po pewnym okresie amatorskiego biegania, mniej więcej na początku tego roku, postanowiłem spróbować swoich sił na królewskim dystansie maratonu. Wybór padł na Silesia Marathon w Katowicach – bo blisko, bo dogodny termin (koniec długiego weekendu), bo pogoda raczej powinna być już ustabilizowana, bo jest jeszcze trochę czasu do startu.

Przygotowania poszły zgodnie z planem, opłata startowa wniesiona. W ostatnich dniach nie pozostało już nic innego jak nabierać sił przed startem i czekać. Jako zdyscyplinowany zawodnik, pakiet startowy odebrałem „przy okazji” w poniedziałek, aby w dniu zawodów nie sprawiać organizatorom dodatkowych kłopotów. W domu ostatni rzut oka na prognozę pogody – i tu niestety przykra niespodzianka. Zamiast ładnej, słonecznej, majowej pogody – aura rodem z początku grudnia. Ale kto by tam wierzył w prognozy pogody…

We wtorek rano melduję się na starcie o 7:30. Bez trudu odnajduję szatnię koło Stadionu Śląskiego, przebieram się – wygrała wersja „na zimno” – czyli długie getry plus kurtka przeciwdeszczowa. Wychodząc spotykam Arka – zamieniamy kilka słów, życzymy sobie powodzenia, bo wiemy, że na trasie raczej się nie spotkamy – Arek biegnie połówkę i szykuje się raczej na szybkie tempo. Rzeczy do depozytu i na start. Tu spotykam Pogorian (Aga, Ania, Iwona, Jasiek, Norbert – może jest jeszcze ktoś, ale ze stresu raczej nie kojarzę).

9:00! Start! Ustawiam się za grupą na 4h30min i razem pokonujemy pierwsze 5km w Parku Chorzowskim. Zaczyna kropić, ale mały deszczyk wydaje się nikomu nie przeszkadzać. Trasa też jakby znajoma. Kątem oka dostrzegam Mirka robiącego zdjęcia. Lekki podbieg i udajemy się w stronę Chorzowa. Pada coraz mocniej. Na drodze są już niewielkie kałuże, które wszyscy starają się omijać – przynajmniej do 10km, gdzie pada już tak mocno, że przeskakiwanie kałuż stanowi formę zabawy. Po 10 km pierwsza przykra niespodzianka – marnej jakości plaster zabezpieczający newralgiczne miejsce odkleja się od wilgoci – mokra koszulka zaczyna sprawiać lekki problem. Pomocna (i zmoknięta) Pani Policjantka przeczesuje kieszenie w poszukiwaniu plastra – nie udaje się. W międzyczasie moja grupa  oddala się. Niedobrze. Perspektywa 30km w swoim towarzystwie nie jest zbyt zachęcająca. Nieco przyspieszam, żeby ich dogonić. Deszcz też przyspiesza. Gdy dostrzegam ostatniego z grupy –zwalniam. Deszcz wręcz przeciwnie. Nieliczne, ale bardzo dobrze zorganizowane grupy kibiców krzyczą ile sił w płucach. W pamięć szczególnie zapadają dzieci ze szkoły podstawowej w Siemianowicach, które moknąc stały w szeregu i przybijały piątki kolejno wszystkim biegaczom. Dla nich warto było nawet przebiec przez kałużę. W międzyczasie opuszczamy Siemianowice i wbiegamy do Katowic. Z bliska oglądamy wieżę telewizyjną. Na Korfantego moja grupa na 4h30 jest już tuż-tuż. Półmetek mijam minutę-dwie za nimi. Trochę z zazdrością patrzę na zawodników kończących właśnie półmaraton. Już im jest ciepło. Ale za moment chwila satysfakcji – bezkarna przebieżka pod prąd po zamkniętym Rondzie. Ciągle mokro i zimno. Ciągle pada i brak widoków na poprawę. Koszulka doskwiera coraz bardziej. Do Trzech Stawów trasa wiedzie znajomymi ulicami Katowic. Skrzyżowanie za skrzyżowaniem, numer za numerem. Na 25 km zaczynam odczuwać pewne objawy zmęczenia. Znajome coś, które miałem okazję wcześniej poznać na długich wybieganiach. Ale, ku mojemu zdziwieniu, pulsometr ciągle pokazuje oczekiwane wartości. Czyżby zimno zaczynało działać?  Grupy na 4h30min już nie widać. Nawet nie staram się ich gonić. 30 km. Wolontariuszka mówi, że w samochodzie ma apteczkę. Na wertowaniu jej zawartości tracimy parę ładnych minut, ale w końcu sukces. Zaopatrzony w świeży zestaw suchych opatrunków ruszam dalej. Ciężko mi to idzie. Czyżby wspominana ściana? Trudno powiedzieć, bo głowa chce biec, tylko nogi nie za bardzo mogą. W bardzo wolnym tempie mijam Nikiszowiec i parę osób które wyprzedziły mnie wcześniej w trakcie postoju na 30 km. Buty ważą już chyba z pół kilo. Skostniałe ręce nie są w stanie sięgnąć do kieszeni po żel. Pomału dochodzi do mnie, że zaraz powinna dogonić mnie grupa na 5h. I chyba to dodaje mi sił. Tempo nie jest zastraszające, ale kroki stają się coraz bardziej równomierne. Biegnie mi się coraz łatwiej – 34, 35, 38km. Cola  w punkcie odżywczym smakuje prawie jak nektar! Pierwsza tabliczka z czwórką na początku jakby również dodaje skrzydeł. Jeszcze tylko ostatni podbieg, 41 km, skręt w lewo i w dół do mety. Przed metą Mirek chyba znów robił zdjęcia (ale o tym dowiem się dopiero później). Pamiętam jeszcze Panią pod parasolem dopingującą na ostatnich metrach, później meta, medal i krzesło. W głowie tylko jedna myśl – dobrze, że to już koniec. Czas 4h55min nie powala z nóg, ale na przemyślenia przyjdzie czas później.  Jakiś uprzejmy wolontariusz oferuje pomoc w pozbyciu się chipa, ale postanawiam zrobić to samodzielnie. Błąd. Sztywne palce nie mogą rozwiązać buta. Po dłuższej szamotaninie chip ląduje jednak w pudełku obok. Teraz nie pozostaje mi nic innego, tylko zdjąć przemoknięte rzeczy i założyć ciepłe ubranie. I tu problem. Moja torba z depozytu trafia do namiotu, w którym płynie sobie mała rzeczka. Na szczęście ubranie przezornie ułożone na butach pozostaje suche. Widok przemarzniętych biegaczy przebierających się pod Spodkiem (szkoda, że był zamknięty) lub w przewiewnym namiocie nie napawa optymizmem. Jest mi coraz zimniej, więc postanawiam udać się (około 300 m) do siłowni Get-Fit Fitness (reklama, ale co tam) pod prysznic. Suszarki i ciepła woda powodują, że pomału odmarzam. Mój pierwszy maraton przeszedł do historii.

 

Podziękowania.

Podziękowania należą się głównie mojej żonie Anetce, która dzielnie wytrzymała 13 tygodni przygotowań do startu i dzielnie wyczekiwała męża na mecie, Piotrkowi za usługi transportowe, Monice za doping na mecie i kubek gorącej herbaty, oraz raz jeszcze Piotrkowi i Monice za wspólne niedzielne bieganie po lasach Antoniowa i okolic.

Wielki szacunek dla organizatorów, którzy po raz trzeci już (i mam nadzieję że nie ostatni) zdołali zorganizować największe biegowe wydarzenie regionu. Pomimo małych niedociągnięć na mecie, wytyczenie i zabezpieczenie 42 km trasy w trzech miastach to jednak bardzo duży wysiłek organizacyjny, który musi zostać doceniony. Wielki szacunek również dla osób zabezpieczających trasę – przemokniętych policjantów, strażników i strażaków, całej rzeszy wolontariuszy na punktach odżywczych (szczególnie dla Pań z 30 i 38 km), równie zmarzniętych jak sami zawodnicy. Największy szacunek jednak dla kibiców, szczególnie tych najmniejszych, którym chciało się w taki zimny, majowy dzień wyjść z ciepłego domu na trasę maratonu. Dla nich wszystkich warto było pokonać te 42195 metrów.

 

Epilog.

Dzień po. Bolą nogi. Głównie mięśnie. Właściwie to zaskakująco mało bolą. To niedobrze, bo zaczynam myśleć o kolejnym maratonie…

Tomasz Skuta

 

Wyniki POGORIAN na dystansie:

21,097 km 

M-ce

Nr zaw.

Nazwisko

Imię

Kateg wiek.

M-ce w kat

Wynik

10km

K

Czas netto

168

3336

NOWAK

AGNIESZKA

K30

8

01:50:33

00:52:03

18

01:50:18

120

3293

KOCHANEK

ANNA

K30

4

01:45:19

00:50:41

8

01:45:04

42,195 km

M-ce

Nr zaw.

Nazwisko

Imię

Kateg wiek.

M-ce w kat

Wynik

10km

20km

30km

M

Czas netto

638

391

SKUTA

TOMASZ

M30

203

04:56:38

01:03:56

02:09:16

03:23:13

592

04:55:47

390

760

BRZÓZKA

NORBERT

M30

136

04:00:22

00:56:08

01:52:49

02:49:47

373

03:59:56

 

Na zdjęciach:

Załoga Pogoria Biega w składzie: Tomek Skuta, Ania Kochanek, Agnieszka Nowak.

Szkoda, że Panowie przebierańcy nie są z naszej ekipy   ;]

comments