Relacja z 35 Maratonu Warszawskiego | PogoriaBiega.pl

Relacja z 35 Maratonu Warszawskiego

Relacja z imprezy biegowej może być krótka, rzeczowa, i zawierać jedynie informacje tyczące się samego biegu. Moja relacja taka nie będzie. Mam jednak nadzieję, że czytelnicy wybaczą mi moją nadgorliwość słów oraz kilka omówionych przy okazji tematów. W mojej głowie kiełkuje jednak głębokie przeświadczenie, że są to tematy nierozłącznie związane z przekroczeniem przeze mnie linii mety na terenie Stadionu Narodowego podczas tegorocznego 35 Maratonu Warszawskiego.

1Debiut w maratonie to coś, czego nie zapomina się do końca życia. Przebiegnięcie linii maratońskiej mety to uczucie, którego nie można z niczym porównać. Dobiegając do mety Cracovia Maratonu w kwietniu 2012 r. czułem duży niedosyt z uzyskanego wówczas czasu 2h:59:01. Jedyną satysfakcję sprawił mi fakt, że udało mi się uporać z granicą 3h, która dla wielu biegaczy jest niczym kamień milowy biegowego rozwoju. „Gdy emocje już opadły, jak po wielkiej bitwie kurz…” uświadomiłem sobie, że nie jestem gotowy do biegania maratonów. Utwierdziły mnie w tym przekonaniu nękające mnie przez następne pół roku kontuzje, będące wynikiem zaniedbań i złych przyzwyczajeń jakich dorobiłem się przez 10 lat biegania. Postanowiłem zmienić coś w swoim życiu, zmienić podejście do treningów oraz wszystkich „okołobiegowych” zabiegów. Nie chciałem ponownie przeżywać cierpienia jakie pamiętałem z trasy krakowskiego maratonu. Z tego też powodu minęło prawie półtora roku, zanim ponownie stanąłem na linii startowej maratonu.

2Zanim doprowadziłem swój organizm do stanu używalności minęło około pół roku. Przez kolejny rok stopniowo zmieniałem swój trening, skupiając się głównie na wprowadzaniu coraz to dłuższych wycieczek biegowych, przeistaczając je kolejno w biegi z narastającą prędkością. Duży nacisk postawiłem również na rozciąganie oraz gimnastykę siłową, z których mimo usilnych starań do dzisiejszego dnia nie jestem w pełni zadowolony. Mimo dobrze prowadzonej regeneracji czułem się ciągle przemęczony, jakby mój organizm nie radził sobie w pełni z obciążeniami jakie mu fundowałem. Przełom nastąpił na około dwa i pół miesiąca przed zbliżającym się maratonem, kiedy to podjąłem świadomą decyzję o całkowitym wykluczeniu mięsa z mojego jadłospisu. Całe swoje dotychczasowe życie byłem przeświadczony o konieczności spożywania przez człowieka mięsa jako podstawowego źródła białka, zwłaszcza jeśli poddawany jest on dużym obciążeniom, jak ma to miejsce w przypadku sportowców. Znajdywałem jednak coraz więcej argumentów, prowadzących do całkowicie odmiennych wniosków. Postanowiłem sprawdzić na własnym organizmie jak dieta bezmięsna wpłynie na funkcjonowanie mojego organizmu, oraz czy można połączyć ciężki trening z dietą roślinną.

3Kolejne treningi przed maratonem „szły” zgodnie z planem. Powiem więcej, z treningu na trening biegało mi się coraz lepiej. Czułem coraz większą swobodę w pokonywaniu kolejnych kilometrów, i coraz mniejsze zmęczenie po coraz dłuższych i coraz cięższych treningach. W moich przygotowaniach zaszły jednak drastyczne zmiany, które z perspektywy czasu na pewno nie pomogły mi na samym biegu. Początkowo planowałem bowiem start we Frankfurcie, który miał odbyć się 4 tygodnie po Warszawie. Przedłużające się oczekiwanie na zaproszenia na tenże maraton spowodowały jednak zmianę decyzji i zapisanie się na Maraton Warszawski. Zaowocowało to skróceniem Bezpośredniego Przygotowania Startowego o 3 tygodnie i ominięciem kilku kluczowych treningów. Mimo wszystko nastrój przed zbliżającym się startem był bardzo pozytywny… do czasu gdy 5 dni przed startem zjadłem placki ziemniaczane pochodzące z cateringu. Najprawdopodobniej były usmażone na głębokim, starym oleju. Kosztowało mnie to nieprzespaną noc, zatrucie żołądkowe i odwodnienie organizmu. Bardziej drastyczne i obrazowe szczegóły dla dobra wszystkich czytelników zachowam wyłącznie dla siebie. Skończyło się na dwudniowej absencji treningowej i czterech dniach bólu głowy. W głowie zaświtał mi pomysł przełożenia startu na chociażby dwa tygodnie, ale kto stosuje bezpośrednie przygotowanie startowe ten wie, że nie jest to takie proste. Stosowałem już bowiem treningi typowe dla ostatniego tygodnia startowego, charakteryzujące się znacznym zmniejszeniem kilometrażowym. Mimo wszystko postanowiłem spróbować swoich sił i powalczyć o rekord życiowy w stolicy.

4Do Warszawy wybrałem się już w piątek po pracy. O godzinie 16 wyjechaliśmy razem z żoną z Łańcuta i po ok pięciu godzinach dotarliśmy na miejsce. Mamy to szczęście, że w Warszawie mieszka siostra mojej żony, u której zatrzymaliśmy się na nocleg. W sobotę zrobiłem lekki rozruch i odebrałem z dworca autobusowego mojego przyjaciela Tomka Zycha. Zafundowaliśmy sobie domowe „pasta party” w wydaniu kenijskim. Swoją drogą jest to ostatnio moje ulubione danie składające się z kaszy jaglanej oraz sosu wykonanego na bazie oliwy z oliwek, czosnku, cebuli, szpinaku i pomidorów. Czasami dodaję do tego porcję fasoli. Po solidnym posileniu się cała nasza trójca pojechała na stadion narodowy w celu odbioru pakietów startowych. Wszystko poszło bardzo sprawnie, postanowiliśmy więc zrobić sobie krótki spacer w kierunku linii startowej. Po zwiedzeniu mostu Poniatowskiego udaliśmy się do mieszkania na zasłużony wypoczynek. Wieczór minął nam na rozważaniach taktycznych przed czekającym nas 35 Maratonem Warszawskim.

Nazajutrz bez problemu dostaliśmy się w okolice Stadionu Narodowego, gdzie zaparkowaliśmy samochód. Wykonaliśmy lekką rozgrzewkę i cierpliwie czekaliśmy na start. Moim celem było pokonanie „magicznej” granicy 2h:48:48 (średnio poniżej 4 min/km). Chciałem biec jak najrówniej i utrzymywać średnią prędkość w okolicach tempa docelowego. Cały czas w myślach powtarzałem sobie: „nie zacząć zbyt szybko!!!”.

5W związku z niską temperaturą wynoszącą na starcie zaledwie 8 stopni zdecydowałem się na bieg w koszulce z długim rękawem oraz cienkiej czapce. Udało mi się ustawić bardzo blisko linii startowej dzięki czemu nie odczułem, że w biegu razem ze mną wystartowało przeszło 8 i pół tysiąca zawodników. Początkowe kilometry minęły mi w bardzo spokojnej i miłej atmosferze. Biegnąc Alejami Jerozolimskimi minęliśmy Rondo de Gaulle’a, czyli tzw. „rondo z palmą”. Tuż za rondem, po skręceniu w ulicę Marszałkowską, naszym oczom ukazał się symbol centralnej Warszawy – Pałac Kultury. W okolicach 3 km dołączył się do mnie biegacz, z którym biegłem razem praktycznie do 35 km, nawiązując przy okazji zdawkową lecz miłą dyskusję. 5 km minąłem w 19:52, spełniając w pełni moje przedstartowe założenia. Czułem się bardzo dobrze i musiałem uważać na to, by nie przyspieszyć. Na około 6 km przebiegaliśmy koło Kolumny Zygmunta. 10 km minąłem w 39:41, utrzymując tempo na stałym, równym poziomie. Trasa od jakiegoś czasu przebiegała wzdłuż Wisły, a biegacze poruszali się po długiej, monotonnej prostej. Po ok. 12 km przebiegaliśmy pod mostem Poniatowskiego, gdzie mijaliśmy bardzo dużą grupę kibiców. Tu szczególnie trzeba było uważać, by nie dać się ponieść fantazji i nie zmieniać swojego dotychczasowego tempa. W tłumie udało mi się zlokalizować moją kochaną małżonkę, która bardzo zawzięcie mnie dopingowała, za co jej serdecznie dziękuję. Następny punkt kontrolny wypadający po 15 km (59:37) znajdował się w bardzo przyjemnym parku Łazienek Królewskich. Był to chyba najpiękniejszy fragment maratonu jaki szczególnie zapadł mi w pamięci. Po wybiegnięciu z parku przemieszczaliśmy się po ulicy Czerniakowskiej, a następnie po Alejach Wincentego Witosa, gdzie znajdował się 20 km. Minąłem go w czasie 1h:19:32, utrzymując stałe, równe tempo. Następnie wbiegliśmy na bardzo długą ulicę Sobieskiego, która jest mi bardzo dobrze znana. 6Na jednej z małych odnóg tej ulicy mieszka bowiem siostra mojej żony. W tych okolicach trenuję zawsze będąc w Warszawie. Ulica Sobieskiego przechodzi płynnie w Aleje Rzeczypospolitej, na końcu których po około 24 km minęliśmy Świątynię Opatrzności Bożej. 25 km minąłem w 1h:39:34, bez problemu utrzymując zakładane tempo. Biegło mi się w dalszym ciągu bardzo dobrze, jednak w tym momencie trasa zrobiła się jakby bardziej monotonna. Z kolejnych kilometrów pamiętam jedynie, iż kawałek przebiegał przez kostkę brukową, ogródki działkowe, i nowo zbudowane osiedla. Pamiętam również marudzących i wiecznie niezadowolonych kierowców, będących już chyba stałym krajobrazem na polskich maratonach. Do 30 km dotarłem po 1h:59:41. Nadal utrzymywałem założone średnie tempo wynoszące poniżej 4min/km, jednak gdzieś pomiędzy 30 a 35 km wyścigu zacząłem mocno odczuwać trudy biegu. 35 km minąłem w 2h:20:07, z czego ostatnie 5 km pokonałem w 20:26. Był to wyraźny znak rozpoczynających się dla mnie kłopotów. Śmiało mogę powiedzieć, że ostatnie 7 km to była dla mnie istna męczarnia. Uciekła mi fajna grupka zawodników i do końca biegu musiałem radzić sobie w pojedynkę. Do 40 km dotarłem po 2h:42:36, czyli ostatnie 5 km pokonałem średnio po 4:30 min/km. Pamiętam jak ponownie minąłem „rondo z palmą”, most Poniatowskiego, i powoli kierowałem się w stronę Stadionu Narodowego. Jak we mgle pamiętam tunel biegnący pod stadionem, oraz ostatnie metry prowadzące po płycie „narodowego”. Pomimo ślimaczego tempa na ostatnich dwóch kilometrach, przebiegając przez linię mety wzniosłem ręce w geście triumfu. Wszak drugi raz w życiu udało mi się ukończyć ten morderczy dystans, poprawiając jednocześnie moją życiówkę o 5 min. i 39 sek. Czas z jakim udało mi się „zatrzymać” zegar wyniósł bowiem 2h:53:22 brutto. Dało mi to równo 100 m-ce na 8506 osób, które ukończyły maraton.

7Po minięciu linii mety bardzo ciężko było mi się odnaleźć w otaczającej mnie rzeczywistości. Byłem odwodniony, skrajnie zmęczony i otumaniony otaczającą mnie na stadionie setką ludzi. Z każdej strony docierał do mnie hałas oraz masa świateł. Niewiele zabrakło abym zemdlał. Kolejne 30 minut minęło mi na relaksującym masażu, rozmowach ze znajomymi oraz lekkim posiłku. Kiedy odnalazłem Tomka, okazało się że on również poprawił swój rekord życiowy i ukończył 35 Maraton Warszawski z czasem 3h:17:49 (netto 3h:17:27).

Podsumowując mój bieg na 35 Maratonie Warszawskim, jestem zadowolony ze znacznej poprawy swojego ubiegłorocznego rekordu. Niestety pozostaje też niedosyt, gdyż liczyłem na lepszą końcówkę biegu oraz lepszy czas na mecie. Treningi, żywienie, oraz sprzęt są aspektami, nad którymi ciągle pracuję. Pomimo mojego niewielkiego doświadczenia w maratonie, mam nadzieję, że nowo obrane kierunki zaprowadzą mnie do lepszych wyników.

Jeśli chodzi o samą organizację biegu do niczego nie mogę się przyczepić. Trasa była płaska, łatwa i dobrze oznaczona. Punkty odżywcze były bardzo gęsto rozstawione (woda co 2,5 km, izotoniki co 5 km). Śmiało polecam wszystkim niezdecydowanym start w kolejnych edycjach Maratonu Warszawskiego. Finisz maratoński na stadionie narodowym to przeżycie, którego na długo nie zapomnicie…

Damian Chwistek

Czasy Pogorian:

Osoba Miejsce Czas brutto Czas netto
Chwistek Damian 100 2:53:22 2:53:21
Pajda Dariusz 1791 3:41:00 3:32:15
Brzózka Norbert 2533 3:50:35 3:47:26
Szpinda Robert 7050 4:52:36 4:38:29

Zdjęcia pochodzą ze strony internetowej Fotomaraton.pl

 

comments