Piekło na ziemi, czyli 29 Hasko-Lek Wrocław Maraton | PogoriaBiega.pl

Piekło na ziemi, czyli 29 Hasko-Lek Wrocław Maraton

Gdy wyjeżdżaliśmy w sobotnie popołudnie w stronę Wrocławia nic nie zapowiadało tej tragedii i pogromu jaki miał się zdarzyć dzień później. Droga do Wrocławia przebiegła sprawnie. Rozważań na temat startu, biegania i dogłębnej analizy Mirkowego zdrowia nie brakowało. Pierwszeństwo w dyskusjach miała Iwonka i Mirek, natomiast ja z Jaśkiem już koncentrowaliśmy się przed niedzielną walką o nowe życiówki.

Mimo niewielkich korków trafiliśmy bez problemu do naszego hotelu. Tam oczywiście też nie brakowało kibiców. Niestety nie naszych, ale tych, którzy przyjechali do Wrocławia by z całego serca kibicować Tomkowi Adamkowi w walce o MŚ. Po zameldowaniu się podjechaliśmy do biura zawodów po pakiety startowe. Odbiór pakietu przebiegł bez problemowo. Po odbiorze pakietów Mirek z Iwonką zdecydowali się na biegowe zakupy. „Biedna” Iwona po swoim zakupie zastanawiała się co będzie jadła do końca miesiąca? Na szczęście uzbierała tyle kuponów na darmowe posiłki, że mogła zjeść za trzy osoby. Nawet te rozterki zauważyła Pani sprzedająca żele, dając Iwonce zniżkę od razu. Po odebraniu pakietów wszyscy poszliśmy na pasta party. Po uzupełnieniu węglowodanów nadszedł czas na spotkania ze znajomymi. Oprócz tych w pobliżu Stadionu Olimpijskiego, było także miłe wieczorne spotkanie na rynku, gdzie zjedliśmy ostatni porządny posiłek przed startem. Ja myślami już pomału przenosiłem się w stronę niedzielnego startu. Po powrocie do hotelu nadszedł czas na błogi sen przed maratońskimi zmaganiami.

I nadszedł ten dzień, na który czekałem od kilku miesięcy. Dzień w którym wszystko się wyjaśni, dzień w którym zweryfikuje swoje kilku miesięczne przygotowania. Poranek powitał nas bezchmurnym niebem, jednak nikt nie spodziewał się tego co miało nastąpić. Dołączyła do nas Aga (jak zawsze przykuwające uwagę swoim ubiorem ) i Paweł (jak zawsze bojowo nastawiony). Następnie odłączyłem się od reszty, by rozgrzać się porządnie przed startem, wyciszyć i nastawić na walkę na trasie maratonu. Punktualnie o godzinie 9 nastąpił wystrzał startera. Mimo tego, że nie było oficjalnego zająca na 3h tuż po starcie utworzyła się grupa zawodników, którzy chcieli złamać tą granicę. Początek spokojny po ok. 4:30 i tak przez kilka pierwszych kilometrów. Później już w odpowiednim rytmie pokonywaliśmy następne kilometry. Z grupki odpadały kolejne osoby. Już po pierwszych kilometrach zaczęliśmy mijać osoby, które zaczęły za mocno w tych warunkach. Na szczęście w trakcie pierwszych kilometrów słońce jeszcze nie piekło mocno. Około 12 km nasza serwisantka – Iwonka poratowała mnie żelkiem. Na półmetku czas 1:30:50, czyli 50 sekund za wolno. Na tamtą chwilę w grupie pozostało może z 5 osób. To był właśnie początek tytułowego piekła. Niestety druga cześć maratonu Wrocławskiego prowadzi przez szerokie arterie, gdzie nie możemy zaznać choć trochę cienia. Pomiędzy 20, a 30 km mamy dwa jedyne podbiegi na trasie maratonu. Na drugim z nich gdy poczułem, że tempo spadło postanowiłem rozerwać resztki grupy. Po mojej szarży za mną pozostał jedynie Paweł. Minął 30 km i dalej było rewelacyjnie. Druga pomoc Iwonki, która ponownie mnie wspomogła żelem przebiegła znakomicie. Na 31 km pozostałem już sam, ciągle biegnąc zakładanym tempem. Wszystko pięknie, aż do 33 km, gdzie…. No właśnie…. Poczułem dreszcze, oblał mnie zimny pot i nagle zobaczyłem mgłę przed oczami. Mój organizm zastrajkował i wyraźnie powiedział: „Nie tym razem chłopaku, pogódź się z porażką”. Przy każdej próbie przyspieszenia miałem ponownie oznaki lekkiego udaru. Nawet nie mogłem się zmusić do wypicia czegokolwiek, nie wspomnę o zjedzeniu choć kawałku banana. W tym momencie musiałem z planu A, przejść do planu B, czyli do minimum jakie chciałem uzyskać. Było to równoznaczne z walką o zejście poniżej 3:10. Na każdym kolejnym kilometrze odliczałem czas jaki mi pozostał do tego limitu. Na ostatnim kilometrze, gdy było już trochę cienia postanowiłem przyśpieszyć. Ostatnia, magiczna prosta zleciała jak zawsze za szybko. Wpadam na metę i jak zawsze zaraz spoglądam na zegarek. Ciśnienie spadło, gdy zobaczyłem czas 3:09:00! Jest! Plan minimum zrealizowany, a co za tym idzie nowa życiówka. Udaje się na masaż. Po nim spoglądam na wyniki i wielkie zaskoczenie. Zająłem 42 miejsce w jednym z największych polskich maratonów. Gdy zaczynałem biegać, a było to prawie trzy lata temu nawet nie myślałem, że kiedykolwiek osiągnę taki wynik. Jednak pozostaje niedosyt po tym starcie ponieważ wynik miał być o ponad 9 minut lepszy. W tych warunkach nic więcej zrobić się nie dało. Po spokojnym przeanalizowaniu wyników, stwierdziłem, że moje problemy na trasie w porównaniu do innych osób były nieporównywalnie mniejsze. Osoby, które chciały łamać 3h uzyskiwały rezultaty powyżej 3:30, a nawet 4h. Jeżdżące po trasie maratonu karetki, zawodnicy leżący przy trasie – taki był obraz tego maratonu z piekła rodem. Po krótkim truchtaniu pozostało mi czekanie na Jaśka i Mirka. Mijały kolejne minuty, a ich nie było. Jak się okazało później Jasiek miał bardzo duże problemy na trasie, w przeciwieństwie do Agi, która pobiegła znakomicie w tych warunkach „ogrywając” nie tylko Jaśka, ale i Norberta z którymi rzadko wygrywała na zawodach.

Mimo nie uzyskania zamierzonych wyników droga powrotna przebiegła w znakomitych humorach. Żartów było bez liku. Mirek kręcący się na fotelu kierowcy niemiłosiernie z powodów znanym tylko wąskiej liczbie osób, Iwonka myśląca i wyliczająca skrupulatnie w jaki sposób przeżyć do następnego święta Matki Boskiej Pieniężnej, głodny Jasiek, który wytwarzał czerwone płyny, rozgadana „nawadniająca się” Aga i ja – ze zmęczenia miałem jakąś wenę do tworzenia rymów. Inaczej tego nie da się nazwać tylko radosna, integracyjna podróż. W mojej pamięci zapadnie w szczególności jedno stwierdzenie, którym zakończę ten krótki artykuł – „Pogoda miała się załamać, a okazało się, że załamali się wszyscy oprócz niej”.

Ostateczne wyniki Maratonu Wrocławskiego:
42. Bednarz Jakub – 3h 09 min 00 sek (M25 – 7)
424. Trzaska Paweł – 3h 52 min 18 sek (M30 – 82)
721. Gorlewski Włodzimierz – 4h 08min 27 sek (M50 – 54)
1137. – Nowak Agnieszka – 4h 27min 15 sek (K30 –14)
1201. Żak Marcin – 4h 29min 27sek (M40 –158)
1242. Pinkosz Jan – 4h 31min 23sek (M55 – 45)
1243. Dyk Mirosław – 4h 31min 23sek (M35 – 251)
1515. Brzózka Norbert – 4h 43min 59sek (M35 – 325)
2497. Skuta Tomasz – 5h 37min 34sek (M30 – 414)

 

    

comments