Ogień i woda, czyli 18 Międzynarodowy Bieg Uliczny w Jaworznie | PogoriaBiega.pl

Ogień i woda, czyli 18 Międzynarodowy Bieg Uliczny w Jaworznie

Bieg w Jaworznie zawsze będę wspominał z sentymentem. Edycja z 2009 roku była moim debiutem w imprezach biegowych i po części ten bieg doprowadził do tego, że do dnia dzisiejszego dalej się bawię w taką aktywność ruchową. Z wyjątkiem 2011 roku jestem w Jaworznie na każdej edycji tego biegu. Co z nich zapamiętałem? Na pewno pełen profesjonalizm organizatorów, ale również temperaturę, która ze względu na czas rozgrywania biegu jest co roku wysoka. Trasa również nie należy do najłatwiejszych, ponieważ ciężko tu wyznaczyć sobie odpowiednie tempo. Zaczniesz za szybko, to po nawrocie będziesz cierpiał, zaczniesz za wolno, to na drugiej części ciężko jest nadrobić czas ze względu na charakterystykę trasy. Tu trzeba się nauczyć biegać. I właśnie przez poprzednie dwa starty płaciłem frycowe. Mimo, że najlepszy mój czas na 15km oscyluje w granicach ok. 58 minut, to do tegorocznej edycji w Jaworznie nie złamałem tutaj godziny. Zawsze czegoś brakowało. W 2010 roku słabe przygotowanie, a także błąd związany ze zbyt obfitym posiłkiem. W 2012 roku zabrakło również niewiele bo kilku sekund do złamania godziny. Jednak i wtedy miałem przygody z żołądkiem, a także z rozsznurowanym butem. Już zacząłem myśleć, że to jakaś klątwa wisi nade mną, która nie pozwala mi złamać na tej trasie 60 minut. W tym roku również się na to nie zapowiadało ponieważ prognozy pogody nie były optymistyczne. W takim gorącu chyba jeszcze nigdy nie startowałem, no może porównywalne temperatury trafiły się we Wrocławiu na maratonie i w Imielinie. No ale cóż ‒ jestem osobą, która nie lubi się poddawać, więc spróbować musiałem.

W piątek dzień przed startem mimo bojowego nastawienia miałem chwilę zwątpienia. Może jednak pobiec w tempie maratonu, a może pozającować Asi? Bałem się tej pogody, ponieważ nie wiedziałem jak mój organizm przy takim wysiłku się zachowa. Postanowiłem, że ostateczną decyzję podejmę przed samym startem.

W sobotę razem z Asią i Norbertem wyruszyliśmy w krótką podróż do Jaworzna. Mimo to podróż przebiegła w znakomitych nastrojach dzięki Norbertowi, którego dosadna sentencja opisała możliwości na dzień dzisiejszy każdego z nas :). Do hali, gdzie mieściło się biuro zawodów dotarliśmy bez problemu. Tam z resztą ekipy wymieniliśmy kilka zdań, by po kilku minutach wyjść ponownie na słońce w celu przebrania się w startowe ciuchy. W takich warunkach nawet najmniejsza czynność doprowadzała do tego, że człowiek od razu się pocił. Dlatego po założeniu CEP-ów najchętniej wskoczyłbym pod prysznic :). Po przebraniu się wyruszyliśmy na krótką rozgrzewkę, bo mimo ciepła trzeba było rozgrzać odpowiednie partie mięśni. Po rozgrzewce postanowiłem, że spróbuję jednak złamać godzinę i dlatego ustawiłem się w jednym z pierwszych rzędów. Po starcie ostro ruszyliśmy na trasę, jednak w trochę zmieniony sposób. W tym roku z parkingu wybiegaliśmy w prawo by następnie skierować się w stronę ronda „Smoków”. Później już ulicą ostro w górę. W moim odczuciu ten pierwszy kilometr w zmienionej wersji był trudniejszy. Może i podbieg był krótszy, ale co za tym idzie bardziej stromy. Takie same odczucie miał Krzysiek, którego podczas podbiegu dogoniłem i następne metry pokonywaliśmy ramię w ramię.

Po pierwszym kilometrze jak to w Jaworznie był ostry zbieg, który się ciągnął przez praktycznie 2km. Koło ronda Krzychu postanowił mnie wyprzedzić i wtedy poczułem z jego strony pierwsze szarpnięcie pod górę. Jak się okazało po biegu chciał mnie tym wypróbować, jednak w tym dniu miałem siły by to przetrzymać. Zbliżamy się do 5 km, lekko przyspieszam kroku i prowadzę przez kolejne kilometry. Dobiegamy do pierwszego punktu z wodą. Wreszcie ta jedyna, upragniona. Smakuje jak nektar bogów. Biorę dwa kubki – z jednego piję, drugim polewam czapkę by schłodzić głowę. Biegniemy w dół by na 6 km wbiec w ocieniony teren. Tam kolejny punkt z wodą, gdzie ponownie pobieram dwa kubki. W międzyczasie z nawrotu wraca elita – pierwszy Kenijczyk, a więc bez niespodzianek. Dobiegam do nawrotu, oglądam się i patrzę, że Krzychu jest jakieś 2 sekundy za mną. Wracając, tylko kątem oka wypatruję resztę pogoriańskiej ekipy. Od większości dostaję gorący doping, za co z tego miejsca bardzo dziękuję. W międzyczasie mam inny „doping”. Koło 9 km z bocznej drogi wyjeżdża tuż przede mną samochód i jedzie prosto na mnie. Nie wytrzymuję i wydaję z siebie niecenzuralne okrzyki. Dostaje się nie tylko kierowcy, ale i porządkowemu, który wypuścił tego „szofera” na trasę biegu. Krzychu na mecie powiedział mi, że po moich krzykach wśród kibiców trafiły się słowa pewnej Pani, która stwierdziła – „A cóż ten biegacz taki nerwowy”. Może i dobrze, że tego nie usłyszałem, bo w tym momencie nie kontrolowałem tego co mówię. Po tym „dopingu” dodatkowa adrenalina doprowadziła do tego, że tempo skoczyło na ok. 3:30. Może takie przypadki powinny się częściej powtarzać, a wtedy biegałbym zaraz z Kenijczykami J. Pomału dobiegam do pierwszego podbiegu po nawrocie. To jest czas by oddzielić mężczyzn od chłopców i pokazać charakter. Zaczyna się pierwszy podbieg, wraz z nim piekielny ukrop. Doganiam kilku zawodników, niektórzy przechodzą w marsz. Ja dalej swoim rytmem podążam w stronę mety. Dobiegam do kolejnego wodopoju. Jeden kubek z wodą do użytku wewnętrznego, drugi do zewnętrznego. Lekkie wypłaszczenie i kolejna ściana. W międzyczasie słyszę jak ktoś do mnie w szybkim tempie się zbliża. Pomyślałem w tym momencie – „Jeśli to Krzychu to poklepię go po plecach i pogratuluję!”. I co? To Krzychu, tylko to on klepie mnie po plecach mówiąc – „Ja odpuszczam”. Zdziwiło mnie to bardzo i trochę zaniepokoiło, bo rywalizacja dodaje skrzydeł. Tego popołudnia na szczęście mi jej nie brakowało. Wyprzedzam kolejnych zawodników. Teraz czas na kilometrowy zbieg. Wpadam na 12 km, gdzie zaczyna się piekielny fragment tej trasy, najbardziej przeze mnie znienawidzony. To tu w 2010 roku żołądek odmówił współpracy, to tu 2012 roku straciłem szanse na złamanie godziny. Te dwa kilometry podbiegu w pełnym słońcu, gdzie widzisz przed sobą zawodników, którzy majaczą niczym fatamorgana, by za chwilę zniknąć gdzieś za horyzontem. To tu trzeba zacisnąć zęby, by móc później na mecie cieszyć się z sukcesu. Wyprzedzam kolejnych zawodników, którzy przeliczyli się z siłami. Zdziwiłem się, że między innymi to trafiło się Kenijce, która w tych warunkach powinna czuć się wyśmienicie. Dobiegam do 14 km, nie zwracam uwagi na zegarek. Jest mi obojętne, czy mam szansę na złamanie tej upragnionej godziny! Chcę skończyć to piekło! W tym roku również końcówka jest zmieniona. Zbiegam ostro w dół i jednak spoglądam na czas – 59:04, a jeszcze kawałek drogi przede mną. Ostatni zakręt pokonuję spokojnie ponieważ nie chciałbym w tym momencie przewrócić się z powodu piachu. Wpadam na ostatnią prostą, cisnę ile sił w nogach, przekraczam linie mety i zatrzymuje zegarek. Za metą staję, opieram ręce o kolana, nie mam przez chwile sił by dotrzeć do Pań wręczających wodę i medale. Podchodzę do nich dostaję wodę i medal. Po oddaniu chipa spoglądam na zegarek i widzę czas 59:39! Jest! Wreszcie! Klątwa usunięta w niepamięć!

Bieg ten wywołał u mnie wiele różnych uczuć. Od złości w czasie incydentu z autem, do radości po przekroczeniu mety. Nie muszę pisać dlaczego nazwałem tą relację „Ogień i woda”. Z tego miejsca pragnę podziękować wszystkim mieszkańcom Jaworzna, którzy mimo ognia z nieba stali przy trasie i polewali zawodników zimną wodą prosto z węży ogrodowych. To uratowało wielu przed udarem słonecznym. W Jaworznie było wszystko co jest niezmienne: medal – tak, koszulka – tak, słońce i upał – tak, dobra organizacja – tak. Dodatkowo dla mnie był jeszcze jeden element: złamana godzina – TAK!

A oto nasze wyniki:

MIEJSCE

OSOBA

CZAS

39

BEDNARZ Jakub

00:59:39

51

KRYSTOSIK Krzysztof

01:01:01

78

KWIECIAK Jarosław

01:04:28

240

KŁECZEK Aleksandra

01:17:42

250

MAJCHRZYK Michał

01:18:09

260

GRZEGÓRZKO Joanna

01:18:34

288

BRZÓZKA Norbert

01:19:54

333

SIKORA Zbigniew

01:22:15

414

NOWAK Agnieszka

01:26:55

523

KLOCEK Dariusz

01:35:58

550

SKUTA Tomasz

01:38:55

581

PRYMAS Marek

01:44:15

 

Dodatkowo wystartował Grzesiu Grochowski. Nie został sklasyfikowany z powodu braku chipa, który został w aucie 🙂

Zdjęcia użyte w relacji pochodzą ze zbiorów datasport.pl i Michała Balbusa.

Jakub Bednarz

 

comments