Mój Biegowy Anioł Stróż Rudawa – 12 czerwca 2011 | PogoriaBiega.pl

Mój Biegowy Anioł Stróż Rudawa – 12 czerwca 2011

Cała Rudawa przesycona jest zapachem czerwcowego upału, oraz przedstartowego napięcia. Wszyscy skupiają się wokół startu, by pokonać VII Jurajski Półmaraton.

Wystrzał startera lekko mnie zaskakuje. Upewniając się jednak, że to właśnie znak do biegu, ruszyłam… najpierw powoli, jak żółw ociężale, bo natrafiłam na korek tysiąca czterystu osób w jednym miejscu. Robi się niemały ścisk, ale po chwili jest już miejsce, by pofrunąć. Pofrunęłam i nawet nie wiem, kiedy pokonałam pierwszy kilometr i pierwszą górkę zaplanowaną w dzisiejszym biegu. Jest nieźle, a nawet trochę za dobrze. Jeszcze nie czuję luzu i myślę, jaką cenę przyjdzie mi zapłacić za brak rozgrzewki, ale szybko odrzucam tą myśl, bo przecież o wiele ważniejsze było, by  ponownie wprowadzić Zbyszka P. na listę naszej drużyny. Po drodze dzielę się tą dobrą nowiną z Maćkiem i gnam do przodu jego śladem, bo moja informacja przyprawiła go o zawrót głowy i zdecydowane przyśpieszenie.

Jestem dziwnie podekscytowana, czuję, że to może być mój dzień. Już raz biegłam z numerem 69 i zrobiłam życiówkę na 10 km.

–    Shadoke, ale to nie jest jedno 10 km.

–     No przecież wiem, nie jestem głupia.

Moje dialogi na cztery nogi przerywa mi cichutkie „dzień dobry” tuż za moim uchem. Anioł zwany Darkiem już siedzi mi na ogonie i mam nieodparte wrażenie, że nie opuści mnie, aż do samej mety. Nieśmiało się podczepia i proponuje wszystkie swoje usługi. Pakiet nic nie kosztuje, w umowie brak tekstu drobnym druczkiem, więc podpisuję szybko obie kopie i teraz lecimy już razem.

Nie specjalnie się znamy, więc rozmowa nie klei się zbytnio, ale przecież nie jestem tu dla gadania. Dla mnie najważniejsze, że jest. Czuję, jak emanuje ciepłem na całą okolicę. A może to przez niego było tak gorąco? Ale On nic, tylko wszystkich pozdrawia i wszystkim dziękuje. Ja nie muszę robić nic, tylko biec, czuć się dobrze i czasami uśmiechać się do obiektywu nastawionego na mnie aparatu. Biegnę… luzu ciągle nie czuję, choć po 4 km jakby zaczyna być lżej. Myślę o jakimś małym schłodzeniu, którego jednak miało zabraknąć.

Na 5 km tylko setki butelek i kubeczków leżących na ziemi utwierdza nas w przekonaniu, że tu, zgodnie z planem, był punkt pojenia. Przeżywam szok i mówię do mojego Anioła, że muszę mieć wodę. Większość butelek jest pusta, w niektórych są jakieś pozostałości. Nagle dostrzegam jedną butelkę prawie pełną i już wiem, że będę żyć. Darek zostaje w tyle, by przelewać resztki wody do dwóch butelek i dogonić mnie z zadowoleniem na twarzy. Odwzajemniam ten uśmiech i jakby raźniej ruszamy do przodu.

Kibice szaleją, a my biegniemy wypatrując najtrudniejszej części trasy. Mój Anioł powoli się rozkręca i na wszelki wypadek cały czas motywuje mnie do biegu. Kontroluje czas, chwali, żartuje, poi i roztacza cudowne wizje, oczywiście te dotyczące życiówki. Cały czas biegnie z trzema butelkami wody. Już wiem, że tego cudownego, życiodajnego płynu na pewno nam nie zabraknie, już żadna „Sahara” na trasie nas nie zaskoczy.

Najważniejsza rzecz, jaką mi uświadomił – jakoś sama do tego nie doszłam – że na każdym kilometrze łykam jakichś biegaczy. Rany, jak fajnie!

Przed 10 km doszliśmy Justynę. Biedaczka, nie dość, że chora, to jeszcze nie sięgnęła po butelkę z ziemi i biegła w tym upale bez wody. Darek dał jej naszą i w dalszą drogę ruszyliśmy razem, ale Justyna widząc kolejny, tak długo przez nią wypatrywany, punkt pojenia i karmienia postanowiła zabawić tam dłużej.

Są już góry, upał tylko je podkreśla, jest także wiatr, którego nie znoszę, więc każę osłaniać moje nadwyrężone ciało Aniołowi. Osłania, dźwiga butelki z wodą, kontroluje stoper i pod górę ciągnie mnie za rękę. Mam wrażenie, że On ma więcej niż dwie ręce.

Podczas biegu pojawiła się pewna reguła –  jego gadanie rośnie wprost proporcjonalnie do mojego słabnięcia. Właściwie nie można powiedzieć, że słabnę, bo najpierw mam jakieś problemy z żołądkiem, a tuż przed tabliczką z 12 km czuję pierwszy kurcz łydki.

Dlaczego tak wcześnie? Dlaczego to, co fajne ma skończyć się właśnie teraz? Biadolę, ale Darek nie chce tego słuchać i w zamian opowiada mi swoją historię z Hajnówki. Zagadać gada na śmierć? Znów kontroluje czas i twierdzi, że damy radę. Teraz bardziej zwraca uwagę na każdy mój krok, nakazuje oszczędne bieganie, bez skakania, bez szaleństw z górki, równo, liczy; raz, dwa, raz, dwa… Poddaję się tej mantrze, choć kurcze pojawiają się również w drugiej łydce.

Ciągle wyprzedzam, a to dla mnie takie nowe doświadczenie, i nie powiem –  bardzo przyjemne.

5 km do mety! Jak ja marzyłam o tym miejscu, patrząc na profil trasy na komputerowym monitorze. Teraz tylko z górki, okolica pachnie metą, więc można wrzucić trzeci bieg… ale nie dzisiaj. Znów biadolę i trochę się wydzieram, tak, ryczę jak stary lew. Anioł się nie zraża i każe biec dalej, upewniając mnie, że jeśli teraz spokojnie, w treningowym tempie pobiegnę, to już będzie super. Treningowe tempo –  próbuję. Nie mam nawet zadyszki. Nadwyżka czasu trochę topnieje, ale mimo wszystko utrzymujemy przyzwoite tempo. Znów wyprzedzam, ale na tej łatwiejszej trasie, i ja czasami jestem wyprzedzana.

18 km i Darek roztacza przede mną cudowny widok. Nie ten z mety, niech nikt sobie nie myśli.

– „Nie patrz na asfalt, spójrz przed siebie. Widzisz ten wiatr muskający zielone jeszcze łany zbóż?” Widzę to wszystko: niebieskie niebo, soczystą zieleń, w tle jeszcze samolot. Na chwilę zatapiam się w tym romantyzmie, ale skutecznie wyrywa mnie z niego ból szczypania obcęgami po łydkach, przy każdym kroku! Ale to sprawia, że się zacinam i ciskam w przestrzeń, że do 19 km nawet na moment nie przejdę do marszu. Znów budzi się lew, ale biegnę, przepraszam – truchtam.

Jeszcze 500 m i jakaś znajoma okolica – centrum Rudawy, a do tego na horyzoncie pojawia się Jasiek. Szybko ocenia, że wyglądam świeżo, że do mety blisko, i że radość z życiówki już jest na wyciągnięcie ręki. Czuję ogromne napięcie w łydkach, więc trzymając się ramienia Darka, rozciągam maksymalnie mięśnie nóg, by dostarczyć im jeszcze trochę mocy, by lekko je oszukać, by nie robić cyrków przed metą.

W trójkę pokonujemy kolejny kilometr i tu zwierzam się Jaśkowi, a nawet spowiadam, że dwukrotnie wyznałam Darkowi miłość. Jakoś się specjalnie tym nie przejął, przynajmniej tego nie okazał i tylko wtórował Darkowi w motywowaniu mnie do samego końca.

500 m do mety. Kocham to oznaczenie! Lekko przyśpieszam, bo wiem, że na więcej nie pozwoli mi ten, co trzyma obcęgi na moich łydkach. Klub Dystans oszalał na mój widok, podnosi się wrzawa, inni zaczynają wtórować. Nie słyszę niczego innego tylko: I-wo-na-i-wo-na-i-wo-na! Wbiegam na metę, łamiąc kolejną barierę, i poprawiając życiówkę z Dąbrowy Górniczej o ponad 4 minuty.

Mój Anioł w geście niepohamowanej radości wylewa mi butelkę wody na głowę, a potem oddala się tak nagle, jak się pojawił.

comments