„Ból jest nieunikniony, cierpienie jest wyborem” – relacja z Biegu Trzech Kopców 2012 | PogoriaBiega.pl

„Ból jest nieunikniony, cierpienie jest wyborem” – relacja z Biegu Trzech Kopców 2012

Nie tak dawno temu naszło mnie na pewną refleksję nad słowami zawartymi w książce „O czym mówię kiedy mówię o bieganiu” autorstwa Haruki Murakami.

„Ból jest nieunikniony, cierpienie jest wyborem”. Czytałem te słowa i zastanawiałem się czy aby na pewno autor ma rację. Sięgnąłem myślami w dość odległą przeszłość, do momentu gdy zaczynałem swoją przygodę z bieganiem. Początki faktycznie były trudne, często okupione bólem, który trzeba było przezwyciężyć. Ostatnimi czasy zapomniałem jednak co to znaczy prawdziwy ból w trakcie biegania. Nie wiem czy to moja wrodzona ostrożność, lenistwo, czy wygoda. Faktem jest, że ostatnio bieganie sprawia mi ogromną przyjemność, które nie łączy się z cierpieniem. Dlaczego o tym piszę ? Ponieważ niedawno miałem możliwość spróbowania sił w moim pierwszym biegu górskim (VI Bieg Trzech Kopców w Krakowie). Pomyślałem sobie „spróbuję czegoś nowego, zobaczę jak to jest z takimi biegami”. Tłumaczyłem sobie, że to nie może być prawdziwy bieg górski skoro Kraków nie leży w górach, dlatego też sądziłem, że bez problemu dam sobie radę.

W momencie zapisu nie wiedziałem jak wielkim byłem ignorantem. Większość osób czytających ten artykuł stwierdzi że Bieg 3 Kopców nie należy do trudnych jak na standardy biegów górskich. I zapewne będzie miał rację. Pragnę jednak podkreślić, że był to mój pierwszy bieg na takim terenie, a dotychczasowe biegi były w większości usytuowane na ulicach miast. Do momentu zawodów trenowałem w standardowy dla siebie sposób – na równych trasach.

W końcu nadszedł upragniony dzień zawodów. Pierwszą czynnością po przebudzeniu było sprawdzenie pogody za oknem. Nie zdziwiłem się gdy zauważyłem pochmurne niebo, lekki deszczyk i 10 stopni na słupku rtęci. Od tygodnia śledziłem prognozy pogody – tym razem sprawdziły się w 100%. Po przybyciu na miejsce skierowałem się do biura zawodów. Rejestracja przebiegła bardzo sprawnie i po kilku minutach miałem swój pakiet startowy. Pełen pozytywnej energii przebrałem się w strój sportowy i rozpocząłem godzinną rozgrzewkę. Był to czas który przeznaczyłem na zapoznanie się z pierwszym kilometrem trasy. Fragment okazał się stromy, kręty i wąski. Biorąc pod uwagę ilość startujących biegaczy (ok. 1300 osób) oraz opady deszczu trzeba było naprawdę uważać aby przy zbiegu nie nabawić się kontuzji. Na szczęście pierwszy kilometr udało się przebiec bez przykrych niespodzianek. Następne trzy kilometry były poprowadzone prostą trasą biegnącą wzdłuż Wisły. Biegło się lekko i przyjemnie, ponieważ trasa nie była wymagająca, a dodatkowe walory krajobrazowe zdecydowanie umilały bieg. Pierwsze problemy zaczęły się w okolicach 4 kilometra gdzie pojawiły się podbiegi. Ze względu na nieznajomość trasy oraz ułożenie startu i mety w różnych punktach, ciężko było oszacować czy ilość podbiegów zostanie „wynagrodzona” adekwatną ilością zbiegów. Dlatego postanowiłem oszczędzać siły.

Nie minęło jednak zbyt wiele czasu, gdy dopadł mnie pierwszy kryzys. Zbyt długie i strome podbiegi były tym, na co nie byłem przygotowany. Ból mięśni dał się we znaki. Ból, którego tak dawno nie czułem. W tym momencie przypomniałem sobie słowa pisarza, które przytoczyłem na początku artykułu. Na szczęście udało się przemóc słabości i dobiec do upragnionego punktu odżywczego. Dzięki wypitej wodzie nabrałem motywacji do pokonania drugiego fragmentu trasy…

… który okazał się jeszcze bardziej wymagający. Było to związane zarówno z jej profilem – podbiegi były jeszcze bardziej strome, jak również z mocniejszymi opadami deszczu przez które podłoże zrobiło się grząskie. Na drugiej części trasy znajdywał się najtrudniejszy odcinek – bardzo stromy podbieg. Nie skłamię pisząc, że większość biegaczy biegła prawie w miejscu. Był to prawdziwy sprawdzian dla mojego organizmu, a biegacze obok również nie wyglądali na zrelaksowanych. W tym momencie czułem wszystkie mięśnie mojego ciała. Na dokładkę poczułem ból w biodrze. Przez chwilę zastanawiałem się czy się nie zatrzymać i przemaszerować trudniejsze fragmenty. Organizm domagał się odpoczynku. Na szczęście po raz drugi pokonałem ból który mi towarzyszył i resztkami sił wbiegłem na szczyt. Czułem nieukrywaną radość – po raz drugi tego dnia pokonałem swoje słabości. Umocniony tym faktem zbliżałem się do upragnionej mety. Dalsza część trasy była zdecydowanie łatwiejsza. Po niedługim czasie zobaczyłem tabliczkę z informacją o przekroczeniu 12 km trasy. Nastąpiła pełna mobilizacja. Został tylko kilometr – już niedługo i ukończę bieg. Minęły dwie minuty i… przekroczyłem linię mety. Lekko zdziwiony stwierdziłem że trasa została źle oznakowana. Szkoda, że akurat na ostatnim kilometrze. Posiadałem jeszcze mały zapas sił i chciałem wykonać sprint na dłuższym odcinku trasy. Prawdopodobnie udałoby się poprawić czas i pozycję. Mimo wszystko jestem zadowolony, ponieważ uzyskanie czasu poniżej godziny uważam za bardzo dobry wynik.

Imprezę mogę uznać za udaną. Za rok zapewne znowu się tam pojawię. Tym razem jednak będę mocniej trenował przyzwyczajając organizm do bólu, który jest nieodłącznym elementem biegów górskich. Z nadzieją, że tym razem będzie bezdeszczowo – podobno wtedy trasa jest jeszcze piękniejsza.

I na koniec wyniki członków stowarzyszenia:

Miejsce Osoba Czas
151 Paweł Niedbał 00:59:47

Paweł Niedbał

comments