28 Hasco-lek Wrocław Maraton – 12-09-2010r. | PogoriaBiega.pl

28 Hasco-lek Wrocław Maraton – 12-09-2010r.

Ból, walka ze słabościami ale i zwycięstwa,

czyli 28 HASCO-LEK WROCŁAW MARATON

– okiem debiutanta

Każdy ma z Wrocławiem wiele skojarzeń i wspomnień. Dla mnie to miasto od daty 12.09.2010 będzie wyłącznie kojarzyć się z debiutem MARATOŃSKIM.

Jednak zaczynając od początku, wyprawa do tego cudownego miasta rozpoczęła się w sobotnie południe. Dzięki uprzejmości siostry i szwagra podjechałem na spokojnie na miejsce spotkania z Mirkiem. Jeszcze w czasie podróży z Niwki miałem okazje zabawić kilka razy małego chrześniaka, by za bardzo nie tęsknił za wujaszkiem J. Po pożegnaniu się z rodzinką przepakowałem rzeczy do samochodu Mirka i przywitałem się z Robertem (bratem Mirka), który jechał z nami do Wrocławia. Następnie z Sosnowca przemieściliśmy się do Dąbrowy Górniczej, by zabrać ze sobą najbardziej wesołą osobę z naszej Wrocławskiej ekipy, czyli Dalię.

Podróż przebiegła sprawnie. W czasie monotonnej podróży autostradą nawet zawsze pełna energii Dalia – zasnęła. Pogoda w drodze do Wrocławia odmieniła się o 180 stopni. Wyjeżdżając z deszczowego Zagłębia, Dolny Śląsk przywitał nas słońcem i piękną pogodą. Po odnalezieniu naszego hotelu i zakwaterowaniu się w nim postanowiliśmy podjechać do biura zawodów by odebrać pakiety startowe. Co do samego hotelu, to hm warunki nie były wygórowane, ale miejsce to posłużyło nam jedynie do przespania nocy, więc nie było na co narzekać. Jedyna refleksja, która nasunęła mi się do głowy po wizycie w tym hotelu była taka, że już nie będę narzekał na gliwicko-akademickie warunki. To byłoby tyle na temat hotelu.

Po małych kłopotach z czytaniem mapy dotarliśmy do biura zawodów, które mnie chyba jedynego powaliło swoją wielkością i perfekcyjną organizacją. Cóż to debiut w maratonie więc wszystko co z nim związane było dla mnie nowością. Po odebraniu pakietu startowego w którym znajdowała się super techniczna koszulka powędrowaliśmy na „pasta party”. Swoją drogą koszulka w czasie startu była istnym hitem, ponieważ wielu biegaczy zdecydowało się w niej wystartować. Makaron z sosem, był do zjedzenia, tylko Mirek miał to szczęście, że dostał go jeszcze „żyjącego”, bo przed zjedzeniem uciekł mu z talerza. Mirek z Robertem wypili po darmowym piwku (no u Roberta skończyło się na dwóch), a ja przejęty debiutem i dniem startu odmówiłem spożycia tego złocistego napoju. W międzyczasie przybyła Gaba ze swoją familiją. Wreszcie miałem okazję poznać Tą sławną Gabę i wiecie co, nie zawiodłem się ze spotkania. Tak ciepłą osobę nieczęsto spotyka się w dzisiejszym świecie. Po przywitaniu i dłuższej chwili rozmowy udaliśmy się w kierunku samochodów. Konsumując przepyszne ciasta zrobione przez Gabę umówiliśmy się wieczorem na spotkanie na Wrocławskim rynku. Po krótkim pożegnaniu wróciliśmy samochodem do hotelu gdzie zostawiając niepotrzebne rzeczy udaliśmy się w czwórkę piechotą na Wrocławski rynek. Jest to piękne, urokliwe miejsce, które żyje całą dobę. Mając jeszcze czas weszliśmy na wieżę Kościoła Garnizonowego p.w. Św. Elżbiety. Do góry wiodły spiralne schody, które dały mojej łydce trochę w kość, co mnie trochę zaniepokoiło przed maratonem. Jednak krótki przykurcz mięśnia odpuścił i ponownie mogłem się cieszyć się wyjazdem i tym przepięknym miejscem. Z wieży mogliśmy w pełni podziwiać uroki Wrocławia – cudowną, starą część miasta, mosty, a także jak to kibice piłkarscy razem z Robertem i Mirkiem wypatrywaliśmy gdzie to budują stadion na EURO. Jednak nic nie zobaczyliśmy, a jedynie znaleźliśmy w oddali reflektory od stadionu na którym w tamtym dniu odbywał się mecz Ekstraklasy naszej skopanej. Dalia mimo początkowej niechęci z czasem też zaczęła się ciekawić widokami. Z rodzinką Gaby mieliśmy się spotkać na rynku pod Pręgierzem, tylko nikt z nas nie wiedział gdzie to jest. Więc zastosowaliśmy taktykę obejścia wkoło rynku, a nóż może trafimy na to miejsce. Jak się okazało później przeszliśmy koło niego bez zwrócenia okiem i poszliśmy dalej. Postanowiliśmy usiąść w innym miejscu i poczekać tam na resztę. Po chwili ponownie się witaliśmy, a następnie poszliśmy coś skonsumować. Padło tego wieczoru na pizzerię, gdzie przy rozmowach dopełniliśmy nasze żołądki przed maratonem. Później dłuższa chwila rozmów na rynku, dojście do nie znalezionego wcześniej Pręgierza. Na naszą obronę przemawiał fakt, że jak się okazało był on całkowicie zasłonięty. Następnie życząc sobie wzajemnie powodzenia w maratonie rozstaliśmy się z rodzinką Gaby i poszliśmy na zasłużone przedmaratońskie spanie. Jeszcze kąpiel i każdy z nas grzecznie zasnął w łóżku. Ja w czasie tej nocy przebiegłem w snach maraton dwa razy, za każdym razem go nie kończąc. Miałem nadzieję, że nie były to prorocze sny. Po otwarciu oczu powitało nas słońce, na szczęście było chłodno, a może i za chłodno bo razem z Dalią chyba za bardzo wymarzliśmy w nocy. Spakowaliśmy się, oddaliśmy klucze i żegnając się z hotelem pognaliśmy na miejsce startu. Zbliżając się do niego, coraz bardziej uśmiechała mi się buzia, ponieważ w rejonie startu unosiła się mgła, która skutecznie zasłaniała słońce. Po zaparkowaniu auta i kilku chwilach rozmowy udaliśmy się w pobliżu startu, gdzie atmosfera przedstartowa była tak gęsta, że trudno było się jej nie poddać. Mirek udał się w swoją stronę w celu rozgrzewki i odbycia czarów przed próbą łamania 3 godzin, natomiast Ja razem z Dalią porządnie potruchtaliśmy (jak zawsze trochę za szybko), oddaliśmy niepotrzebne rzeczy Robertowi, później czas na lekkie (przynajmniej w moim przypadku, nie Dalii) rozciąganie i kilka rytmów. Po tych przedstartowych rytuałach ustawiliśmy się na starcie, tak pomiędzy balonikami na 3:30, a 3:45. Ostatnie życzenie sobie powodzenia i po wystrzale startera czas zacząć przygodę z debiutem maratońskim.

Od tego momentu zacząłem podróż w nieznane, która już nigdy się nie powtórzy. Od początku biegłem swoim tempem, pilnując spokojnie oddechu i rytmu. Po około kilometrze doszedłem grupkę na 3:30 z którą planowałem pobiec kilka pierwszych kilometrów. Jednak po kilku metrach tempo wydało mi się za wolne więc ponownie pognałem swoim rytmem. Gdzieś kilometr dalej zobaczyłem przed sobą znajomego – Tomka Koteluka, który także debiutował w maratonie, a cel przed startem miał podobny do mnie, czyli pobiegnięcie na czas w granicach 3:20. I tak świetnie nam się biegło razem, że pokonaliśmy praktycznie cały dystans we dwóch. Teraz czas na kilka danych czasowych J. Pierwsze 10 km w czasie 47:07, a więc w odpowiednim rytmie, później na półmetku 1:37:17, więc trochę ponad 2 minuty przed czasem, a na 30 km 2:17:40, a więc już blisko 5 minut wyprzedzaliśmy zamierzony czas. W międzyczasie pomiędzy półmetkiem, a 30 km doszliśmy z Tomkiem grupkę na 3:15 i postanowiliśmy się ich trzymać. Już miałem w myślach pomysł by po 30 km ponownie lekko przyspieszyć i może zbliżyć się do granicy 3:10, ale dystans maratoński wyśmienicie wybił mi ten pomysł z głowy. Po 31 km zaczęły się problemy. Na początku złapała mnie kolka, ale szybko się z nią uporałem. Jednak dwa kilometry dalej zaczęły się poważniejsze problemy, bo mięśniowe. Bóle nóg były tak doskwierające, że musiałem zwolnić do tempa ok. 5:00 minut na kilometr. Tomek miał jeszcze poważniejsze problemy i na 35 km musiał na chwilę przystanąć z powodu skurczów. Zatem ostatnie 7,195 km musiałem pokonać w samotności. Bóle mięśniowe z każdym kilometrem stawały się coraz większe, jednak moja zaciętość, koncentracja i chęć zwycięstwa ze słabościami były tak duże, że biegłem dalej nieprzerwanie. Koło 38 km pomyślałem sobie, że pewnie w tej chwili Mirek wbiega już na metę łamiąc 3 h – super oby mu się udało. Teraz już wiemy, że tak Mirek dał radę, ale ja zastanawiałem się w trakcie biegu, czy tak się stanie. Ciągłe bóle mi towarzyszyły już praktycznie do końca dystansu, jedynie gdy ujrzałem, że do mety pozostało 300 metrów przestałem myśleć o przeciwnościach. Jeszcze ostatnia prosta, gromkie brawa, doping i jest META!!! Ta upragniona, jedyna w swym rodzaju bo debiutancka. Każda następna będzie inna i nie będzie już tak smakować jak ta. Po chwili spoglądam na zegarek i wykrzykuje wewnątrz siebie gromkie – jest, udało się 3:20 złamane w debiucie!!! Nic więcej w tej chwili nie potrzebowałem, no jedynie chwili odpoczynku i wieści od Mirka, czy mu się udało. Po chwili podchodzą do mnie Robert z Mirkiem, który ciesząc się mówi mi, że złamał 3 godziny. Rewelacja, mimo coraz bardziej odczuwalnego bólu nóg szczerze mu gratuluję. Chwilkę czekam w kolejce na masaż z którego pierwszy raz korzystałem po biegu i powiem, że po nim choć przez chwile zmniejszyło się odczucie bólu. Podchodzę ledwo co do wyników i sprawdzam dla potwierdzenia swoich pomiarów, czy złamałem 3:20. Uf na szczęście wszystko się zgadza J. Podchodzę do Roberta i rozmawiając stwierdziliśmy, że nie ma co już teraz iść na linię mety bo na Dalię jeszcze nie pora. Po tych słowach obróciłem się i zauważyłem za sobą zmęczoną Dalię w którą tak z Robertem nie wierzyliśmy. Z założonego czasu udało się jej urwać blisko 8 minut – rewelacja! W takim razie zaczęliśmy w trójkę kierować się bardzo pomału w stronę samochodu. Po drodze spotykam Tomka z którym pokonałem praktycznie cały dystans. Jak się okazało przybiegł za mną niecałą minutę z czego był szalenie zadowolony. Wspólne gratulacje, chwilka rozmowy i coraz bardziej odczuwając nogi żółwim tempem udałem się do samochodu. Przy nim stał Mirek, który w międzyczasie zdążył się przebrać i odświeżyć. Chwilkę się porozciągałem, a później odświeżyłem i przebrałem. W międzyczasie Dalia wróciła z lekkiego truchtania, także się przebrała i mogliśmy w komplecie udać się z powrotem na linię mety. Na miejscu z Dalią zaczęliśmy szukać, gdzie tu można dostać darmową herbatę. Okazało się, że takową dają w ogródku dla VIP-ów. Dalia swym urokiem poprosiła pewnego chłopaka o dwie herbaty i nie byłoby nic w tym dziwnego, gdyby nie to, że ten siedział z dziewczyną, która jakby miała zdolności zabijania wzrokiem biedna Dalia żywa do domu by nie wróciła. Jednak rozeszło się to po kościach, a i herbata była smaczna. Następnie odnaleźliśmy Mirka z Robertem i już razem czekaliśmy na przybiegnięcie Gaby na metę. Po chwili z uśmiechem na twarzy Gaba ukończyła maraton, chwilka wspólnych gratulacji, później pożegnań i po chwili już zza szyby samochodu żegnaliśmy to wspaniałe miasto.
Był to niezapomniany weekend, pełen rozmów, radości, uśmiechów, ale także walki i bólu. Wrocławska ekipa Pogoria Biega można rzec, że spisała się na medal, ponieważ każdy z nas zrealizował swój plan. Mirek łamiąc magiczną barierę 3 godzin, uzyskał na mecie czas 2:59:33, co dało mu wyśmienite 49 miejsce w OPEN i 13 w zawsze silnej kategorii M35. Dalia tak niespodziewanie pobiła rekord życiowy o ponad 10 minut, przybiegając na metę z czasem 3:37:01, co sklasyfikowało ją na 378 miejscu w OPEN, 21 wśród kobiet i 3 w kategorii K20! Ja no cóż, jak na debiut myślę, że wynik jest dobry – plan przedstartowy zrealizowany. Jednak pozostaje niedosyt, że przez bóle mięśniowe nie utrzymałem tempa, które do 30 km było na wynik myślę, że w granicach 3:13 – 3:14. Apetyt w miarę jedzenia rośnie, więc myślę, że na wiosnę w Krakowie ten rezultat uda mi się uzyskać. Co do wyniku to uzyskałem czas 3:19:44, przekraczając metę jako 153 (18 w M25). Na sam koniec dodam, że każdemu życzę takiego debiutu, w takim biegu, atmosferze i wśród grupki niesamowitych ludzi.

comments